O mnie

Poznaję nowe łowiska i metody, ale też uskuteczniam sprawdzone techniki na akwenach dobrze mi znanych. Nie pozwalam sobie na matematyczne kalkulacje, ale łowiąc małe lub duże, lecz zawsze piękne ryby i spotykając ludzi pełnych pasji zrozumiałem, że sukces nie jest zbiegiem przypadków. Dziś wiem coraz więcej, wędkuję coraz częściej oraz bywam tam, gdzie nie byłem wczoraj, po to by jutro znaleźć to co nazywam wędkarskim szczęściem.
To moja podróż. Przygody z wędką, które spisuję piórem.

wędkarz

 

Witam Cię na moim blogu! Nazywam się Dawid Sokołowski. Wędkowałem już w dzieciństwie. Pierwsze moje wspomnienia sięgają wieku 10 – 12 lat. Łączą się z rzeką Ełk i leżącym na wysokości Grajewa „Zielonym mostkiem” (do dziś noszącym swoją nazwę mimo zmiany koloru). Poławiałem ukleje, płotki, okonki czy kiełbie – te ostatnie pływały w płytkiej zatoczce i stanowiły nie lada wyzwanie! Starsi koledzy nie bawili się w drobnicę i łowili szczupaki „na żywca” w odchodzącym do przepompowni kanale, używając do tego celu bambusowych spinningów. Mi natomiast za wędkę służyła żyłka nawinięta na szpulkę, spławik z filtra od papierosa i haczyk, na którego najczęściej nadziewałem konika polnego. Wszystko to co udało mi się złowić mama z pieczołowitością przygotowywała na wieczorną kolację. Ja i mój brat, z którym razem chodziliśmy na ryby, zawsze zjadaliśmy ją ze smakiem.

Wszystko jakiś czas wyglądało tak samo. W końcu jednak tata stwierdził, że zasługuję na wędkę z prawdziwego zdarzenia. Podarował mi ją tyle lat temu, a ja do tej pory mam ją w dom (w 100% sprawną!) Wtedy było już nas trzech, bo do naszej paczki dołączył Krzysiek – wnuk naszej sąsiadki. W ciepłe wieczory siadaliśmy na balkonach, wiązaliśmy zestawy, podjadaliśmy łakocie i rozmawialiśmy o niewyobrażalnie wielkich rybach (zwłaszcza sumach) jakie żyją w pobliskich jeziorach. Niestety nie byliśmy na tyle dorośli, żeby rodzice zgodzili się na tak groźne wyprawy, za to pozwolili nam jeździć rowerami na stawy oddalone ok 5 km od Grajewa. Niewielkie bajorka leżące w środku wsi: Flesze, Cyprki i Kurki. Tam spotkałem się pierwszy raz z nie lada przeciwnikiem: karasiem. Ryba ta może i nie walczy jak sum, ale też potrafi zatańczyć ze spławikiem. A jak smakuje! Najwięcej zazwyczaj łowił Krzysiek na „leszczynówkę” bez kołowrotka. Na gałąź łapał więcej niż ja na cudeńko z lokalnego rynku. Nauka jakże przydatna zwłaszcza w dzisiejszej dobie sprzętowego zatrzęsienia.

Z „karasiowania” pamiętam jeszcze jedno. Bardzo przyjemne zapachy aromatów do ciast, na które najczęściej łowiliśmy.

I tak bym mógł wymieniać i wspominać te piękne czasy, w których młody chłopiec cieszył się z każdej najmniejszej złowionej rybki. Czasy, w których sprzęt nie grał roli, nikt nie wiedział o istnieniu PZW, a w wakacje zawsze świeciło słońce.

W szczególności chciałbym jednak zachować w pamięci jeden moment.

Siedzimy z tatą nad brzegami jeziora Toczyłowo, w stanowisku otoczonym trzcinami. W rękach naszych lądują kolejne płocie i wzdręgi. Są czerwone i okrągłe jak słońce zachodzące właśnie za horyzontem. Zewsząd dochodzi mnie zapach. Słodki? Świeży? Na pewno zapach lasu, bo jego ściana tuli się do jeziora tuż za naszymi plecami. Nie podam daty, nie określę tego zapachu, ale to właśnie stało się dla mnie esencją wędkarstwa. I jak mnie ktoś w nocy obudzi, spyta czym wędkarstwo jest, to odpowiem mu że właśnie tym (aha, jak wróciliśmy do samochodu to okazało się, że nam radio gwizdnęli).

Później coraz częściej na rybach bywałem sam. Wybrałem gruntówkę. Z tym, że dopiero w wieku może siedemnastu lat i do momentu, w którym wyjechałem z rodzinnego Grajewa tj. w roku 2011. A więc trwało to jakieś 6 lat. Sporo czasu, w którym łowiłem sporadycznie, a jeżeli już to na jeziorze Toczyłowo. Pod koniec tego okresu złapałem karpiowego bakcyla i złowiłem kilka fajnych ryb, dzięki czemu po przeprowadzce do Olsztyna nie odpuściłem, a nawet jeszcze bardziej oddałem się pasji. A uwierzcie, że „bezrybne Warmia i Mazury” potrafią zaskoczyć.

Postąpiłem jednak nieco dziwnie.

Zamieszkałem w Krainie Tysiąca Jezior, a pierwsze swoje kroki skierowałem nad brzegi lokalnego „kwadraciaka.” Dlaczego? Byłem trochę zagubiony. Do tej pory wybór był prosty: jezioro lub rzeka, spławik lub grunt, robak biały lub czerwony. A teraz? Piętnaście jezior w samym tylko Olsztynie. Kulki proteinowe albo pellet na haku (właśnie, z włosem czy bez?) Worki PVA czy oliwka na klipsie? Rodpody, tripody…

Zagubiłem się, ale przede wszystkim wkręciłem się w karpiarstwo na maxa. Zacząłem łowić świadomie i to z dzisiejszego punktu widzenia, była najważniejsza zmiana.

Długo odwiedzałem łowisko „Zezuj”, w końcu zacząłem poszukiwać szczęścia na dzikich akwenach – z mniejszymi i większymi sukcesami, łowiąc nie karpie a inny białoryb. Po jakimś czasie urok okolicznych jezior zawładnął mną do tego stopnia, że „kwadraciaka” widywałem już tylko przejazdem, przez szybę samochodu pędzącego w stronę najdzikszych rejonów Warmii. Trwało to do czasu gdy natchniony wpisami chłopaków z olsztyńskiego forum wędkarskiego zakupiłem lekki spinning (dla mnie skok o 180 stopni – zmiana 120 gramowego zestawu na 3 gramowy) i zacząłem poznawać warmińskie rzeki zaczynając od Łyny, a celem moich wypraw stał się kleń. Było to w roku 2013, ale pierwszego cwanego klenia było mi dane złapać dopiero 9 kwietnia 2014 roku. Czekałem długo, ale było warto. Ryba była piękna i miał 42 cm! 42 cm wędkarskiego szczęścia!

I znów utonąłem w pasji. Łapałem coraz więcej ryb. W końcu z imponująca regularnością kilku sztuk na wypad. Okoliczne odcinki rzeki przestały mieć dla mnie tajemnice, jeździłem więc na dalsze. Dzięki temu klenie wciąż były dla mnie wyzwaniem i nie porzucając mojego do nich przywiązania w roku 2016 wstąpiłem do Towarzystwa Miłośników Pasłęki „Passaria”, aby poczuć klimat legendarnego pstrągowania. Członkiem towarzystwa jestem po dziś dzień, choć po drodze zrobiłem sobie roczną przerwę w wędkowaniu i poświęciłem się ojcostwu (jedyna przerwa od mojego hobby, której ani przez chwilę nie żałuję i nie żałowałem). „Do żywych” powróciłem w styczniu 2018 roku.

Jest to oczywiście skrócony opis drogi, którą brnę od jakichś 20 lat. Patrząc na nią nasuwa mi się pytanie: co dalej?

Chcę łowić świadomie. Mam nadzieję, że wędkarstwo moje ewoluuje. Będzie skuteczne nie dzięki przypadkom, lecz moim w tym kierunku działaniom, pozostając przy tym wędkarstwem radosnym. Pozbawionym przesadzonej kalkulacji. Pragnę łowić ryby nieprzypadkowe szukając ich w łowiskach, które otworzą przede mną nowe możliwości. Podzielić się z Tobą pasją i doświadczeniem w nadziei, że odnajdziemy „esencję wędkarstwa”.

Czynię to zakładając ten blog.

A prywatnie?

Jestem ojcem pewnego małego łobuziaka i staram się być nie najgorszym mężem. Czasem nie nadążam za szaleństwami Kajtka i pomysłami Ani – oni za moimi zresztą też. Razem tworzymy jednak całkiem zgraną paczkę.

rodzina

Interesują mnie książki. Sienkiewiczowska proza, vernowskie przygody czy tolkienowski świat to miejsca, do których lubię uciekać. Aby wyładować złe emocje odwiedzam czasem salę treningową. No i pasjonuję się piłką nożną, ale nie tak typowo: interesuje się tą na niższym szczeblu i od zawsze kibicuję mojej ukochanej drużynie z Grajewa.