Duża ryba

O Bolesławie, który na żyłce sobie (i)grał

Patrzę na wodę – stoi. Cisza. Podnoszę wzrok. Mechanizmy elektrowni milczą, a jej śluzy są opuszczone. Zapora nie zrzuca wody. Odwracam się i podchodzę do barierki po drugiej stronie mostu. Tam gdzieś widziałem spławy, a tu urwałem woblera – rzekę do zakrętu widzę jak na dłoni. Nie było ani jednego brania, bo klenie nie żerowały. Znów podchodzę do barierki od strony elektrowni – najlepiej żerują gdy przegrody są otwarte, bo wtedy woda płynie. Niestety to nie dziś. Złożywszy wędkę pochylam się nad plecakiem.
– Łowiłem tu bolenie.
– Tu? – odpowiadam wyrosłemu jak spod ziemi starszemu panu, a ten przytakuje – ja łowiłem je tam. – Wskazuję za siebie, a na jego zdziwienie odpowiadam: tak, tam też są „Bolki”.

Był kwiecień. Chmury rozciągały się po całym niebie. Wiatr hulał w koronach drzew. Pogoda „taka sobie” utrzymywała się od jakiegoś czasu. Dłuższy brak zmian pogodowych to prognostyk dobrych brań – słońce nieśmiało wychylało się zza szarej zasłony. Torba do pracy, wędka na ryby, całus dla żony – wyszedłem z domu.

Szefie, mogę dziś skończyć wcześniej? Odbębniłem swoje. Do jutra chłopaki! Odpaliłem auto i zostawiłem za sobą firmowy parking . Włączyłem kierunkowskaz – żona poczeka chociaż mamy do załatwienia ważne sprawy – skręciłem w prawo, gaz (nie do dechy) i spokojnie dojechałem na miejsce – Łyna jak zwykle piękna.

Rozpogodziło się trochę, ale nie było wcale ciepło, chociaż wiatr nieco odpuścił – warunki pogodowe nienajlepsze jak dla mnie. Stanąłem na moście i rozejrzałem się. Zapora w elektrowni była podniesiona, woda płynęła wartkim nurtem, a więc jeżeli chodzi o ryby był to idealny na nie czas. W moje serce wlała się nadzieja na dobry połów i jakoś cieplej zrobiło się człowiekowi.

Miałem tylko dwie godziny, bo o 18 musiałem być w domu. Założyłem bluzę, zszedłem z mostu i wrzuciłem przynętę do rzeki. Przedarłem się leśną ścieżką i obłowiłem kolejną miejscówkę z równą co na pierwszej nieskutecznością. Później trzecią i następną. Ryby żerowały – zbierały pokarm z powierzchni – zaczepiłem więc smużaka. Nie miałem czasu na dłuższą obserwację i finezyjne powtarzanie rzutów – jeden za drugim, metr po metrze. Wykonywałem więc jedynie po dwa lub trzy, przemieszczając się w kolejne miejsca, a widząc, że i wobler smużący nie przynosi efektów zamieniłem go z powrotem na moją ukochaną „czwóreczkę”.

Minąłem 1/3 odcinka (tę część, która dała mi podczas ostatnich wypraw kilka fajnych ryb, w tym jedną, która poczynała sobie na tyle śmiało, że mógłbym – gdybym nie trzymał wędki – jedynie z bezradności rozłożyć ręce), dwa lub trzy puknięcia i masę wyjść do przynęty. Podbierak wciąż był jednak suchy. Sprawdziłem godzinę i przyspieszyłem kroku. W końcu doszedłem – po drugiej stronie znajdował się długi zewnętrzny zakręt z nawisami  drzew, a w rzece zwałka – też ostatnimi czasy szczęśliwa. Dalej jakieś 30m prostego odcinka rzeki, rów i 300m gęstego lasu dzielącego mnie od następnych obiecujących miejsc.

Do końca wędkowania zostało jakieś 40 minut, do przejścia stanowczo za dużo metrów. Przekalkulowałem szybko. Obłowiłem zakręt i zwałkę – pusto.

Nie ma miejscówek bankowych, są tylko takie, na których bierze częściej i takie, na których prawie nigdy. Złowić rybę możesz jednak na każdej z nich.

Władowałem się do  wody (dosłownie) łamiąc wszelkie konwenanse związane z łowieniem kleni, a więc pluskając i hałasując sobie do woli. Wrzuciłem metr, a może półtora od przeciwległego brzegu, wykonałem dwa obroty korbką i, nie wierzyłem, kleń również gdzieś miał „prawdy objawione” na swój temat!

kleń

Takie klenie na moim odcinku to normalka

Wziął na mijanej przeze mnie od zawsze, bo nieurozmaiconej w żaden sposób prostce, zaraz po tym gdy „wlazłem w buciorach w jego życie” mącąc jego spokój i wodę w rzece swoimi niezgrabnymi ruchami.

Cóż za radość!

Podebrałem go ręką. Kotwica pewnie i mocno tkwiła w mięsistej wardze, a więc nie było mowy o przypadku. Przyjrzałem się mu chwilę i już płynął z nurtem. Nie zdążył nawet pomachać ogonem na pożegnanie – rzuciłem znowu. Nie straciłem go jeszcze z oczu, a siedział kolejny! Nieduży, tak jak ten pierwszy mieścił się w przedziale 35 – 40 cm. Odpłynął, a ja zerknąłem na zegarek. Rzuciłem, chociaż wiedziałem, że już jestem spóźniony. Przeszedłem kilka metrów brzegiem – pachniało mi kolejnym kleniem i nos się nie mylił. Posłałem woblera po raz drugi do wody – branie! Kolejna “kluska”, choć nie jest to duża ryba, pozuje do zdjęcia.

kleń z rzeki Łyny

40 cm klenia

„Żono kochana będę później” – skończyłem rozmowę i wcisnąłem czerwoną słuchawkę pomimo niewyraźnych słów dolatujących z głośnika. Wiatr zaświszczał mi w uszach, z drzew posypały się do wody liście i gałęzie. Żyłka wydęła się na wietrze i wobler – wytraciwszy impet z jakim został wystrzelony w powietrze – wylądował mniej więcej w połowie drogi do celu.

Warunki stały się mniej sprzyjające, ale i na to są sposoby.

Ściągnąłem przynętę pod nogi po czym wychyliłem wędkę za siebie. Odpiąłem kabłąk. Zastygłem. Pod opuszkami palców czułem ostry dotyk nawiniętej „szesnastki”, twarz smagały mi cięgi zadawane przez przetaczający się tuż nad powierzchnią rzeki wiatr. Drobne falki najeżyły wodę.

Mocny powiem uderzył nagle z lewej strony – czekałem na niego. Do wody spadły gałązki, fale jakby się zdwoiły, zacisnąłem cztery palce na blanku wędki a wskazującym mocniej docisnąłem żyłkę. Wiatr natarł prosto na moją twarz. Po czym na sekundę wygasł. To był ten moment.

Małym ruchem palca spowodowałem całą lawinę zdarzeń. Machnąłem przed siebie wędziskiem i wysnuwająca się z kołowrotka żyłka przecięła powietrze. Wobler zanurkował – wiatr zadął znowu, ale przynęta parła już w poprzek nurtu. I siedział już kolejny kleń!

Byłem tego pewien, ale w wędkarstwie nic pewnego przecież nie ma.

Wirtuoz grał swoją partyturę na żyłce – jej świst był muzyką dla moich uszu. Wszystkie tony naraz i każdy z osobna. Układał się do gry jak najlepszy muzyk: parł w poprzek nurtu, płynął z prądem, szarżował w moją stronę, by nagle jednym manewrem odskoczyć kilka metrów w przeciwnym kierunku. To nie kleń! – widziałem go nim zdążył zakończyć swój występ – to boleń! Sześćdziesiąt centymetrów mięśni wygramolone w końcu na służącej drugi sezon żyłce – „szesnastce”!

Był to mój pierwszy boleń złowiony w rzece Łynie.


…Tak, tam też są “Bolki” – zaśmiałem się w duchu na wspomnienie tego wydarzenia, podaliśmy sobie dłonie na pożegnanie i starszy pan odszedł.

Oparty o barierkę spoglądam znów na elektrownie i jej zamknięte śluzy. Woda nie płynie – myślę i spoglądam w dół. Rzeka stoi… a w niej gigantyczny kleń! Mogę (nie wymyślam tego, uwierzcie) dosłownie policzyć jego łuski.

Pudełko z przynętami ląduje w przedniej kieszeni kamizelki, składam wędkę, mocuję kołowrotek i szybciej niż kiedykolwiek przerzucam żyłkę przez przelotki. Zaczepiam na agrafkę „trójkę”, bo „czwórki” niestety brak w moim arsenale. Schodzę pod most.

Przechodziłem tędy, jak w miejscu które obdarzyło mnie pierwszym w życiu boleniem, wiele razy – a prawdę mówiąc za każdym razem gdy byłem na łowisku. Stoją pod mostem – nie kluski, a stado kilku naprawdę grubych kluch. I nigdy tu nie łowiłem… Więc dziś jest ten pierwszy raz.

Woda jednak stoi, ryby nie żerują, nawet nie zwracają uwagi na moją przynętę. Z czasem odpływają – mimo wszelkich z mojej strony kombinacji.

Składam wędkę. Pakuję do plecaka: kołowrotek, pudełko. Zarzucam go na plecy. Spoglądam na elektrownie. Przechodzę pod drugą barierkę – Łyna piękna jak zawsze. Schodzę z łowiska tą samą drogą, którą niedawno odszedł mój sędziwy rozmówca.

Kto wie, może gdyby nie ten sympatyczny starszy człowiek, nigdy nie dowiedziałbym się o stojących pod mostem rybach. Gdyby nie pamiętne kwietniowe klenie i Bolesław, który na żyłce sobie (i)grał, ciągle wierzyłbym ślepo w wędkarskie „prawdy objawione”.

Nie może, ale na pewno, wrócę tu niedługo – zapolować na grube klenie! Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz